„Chmury zakrywają szczyt tylko dla tych, którzy są na dole.”

Najbardziej lubimy piosenki, które już znamy. Podobnie jest z filmami. Wybitnych obrazów jest za dużo – taka reflaksja narodziła mi się po kilku latach, oglądania średnio 350 pozycji rocznie!

Dlatego nie tracąc czasu na wstępny i filmoznawcze dywagacje, od razu przystąpiłam do odliczania. Wiadomo – ile osób, tyle wyborów, każdy znajdzie wybitne filmy, których poniżej nie zamieściłam. Znajdą się również pozycje, które będziecie chcieli skrytykować. Biorę wszystko na klatę!:)

Mam jednak cichą nadzieję, że pozycje, które tutaj będę wymieniać (moim zdaniem najlepsze z najlepszych), przydadzą Wam się przy wyborze tego, co warto nadrobić w miłym i doborowym towarzystwie.

Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny.

– William Shakespeare

Od lat śni Ci się ten sam motyw? Budzisz się przejęty i zastanawiasz co on oznacza? Dla mnie sny są komunikatem. Najbardziej znaczące są sny zapamiętane z dzieciństwa, sny powtarzające się, w postaci serii rozgrywające się jakby w odcinkach oraz te pojawiające się w ważnych momentach. Podczas seansu „Lost river” czułam, że powróciły w rzeczywistości… Déja vu czyli twój mózg już tu był? Nic bardziej mylnego.

Oglądam setki filmów rocznie. Mało jest tytułów, podczas których czuję ciągły niepokój i skurcz w żołądku. Wiem, że coś się wydarzy ale nie potrafię tego opisać, przewidzieć. Tak było i tym razem z debiutanckim obrazem Ryana Goslinga. Na samym początku trzeba stwierdzić, że aktor ma nieprzeciętny filmowy gust. Czerpie garściami i z Davida Lyncha i Terrence’a Malicka. Klimat jest niepokojący, a obrazy mroczne. To ogromna zasługa Benoît Debie – wybitnego operatora takich obrazów jak: „Nieodwracalne”, „Wkraczając w pustkę” , „Spring Breakers” czy „Niewinność”. Nie zapominajmy również o magicznej ścieżce dźwiękowej rodem z „Drive`a”.

1433089280383

Świat usłyszał o Ryanie Goslingu półtorej dekady temu, gdy brawurowo zagrał w filmie „Fanatyk”. Obsypywano go licznymi nagrodami, był nominowany do Oscara. Teraz zrealizował swój reżyserski debiut – w Cannes skrytykowany, podzielił publiczność – stwierdza Jonathan Dean.

Przestrzenią akcji jest opustoszałe, ziejące ranami po świeżo wyburzonych trupach domów Detroit. Jak słyszymy Detroit to z tyłu głowy mamy stracone dusze, samotność i lęk. W „Lost River” pojawia się również nadzieja na American Dream. Jest ona jednak pogrzebana w pokrywającym opuszczone domy mchu i kurzu. Symbolika tego miejsca komponuje się z lękiem przed rozpadem rodziny postrzeganej jako gwarancja trwania, którym podszyta jest cała ta opowieść.

To tutaj Gosling snuje baśniową przypowieść o bezwzględnych „wilkach z Wall Street” i zrujnowanych ofiarach kryzysu. Te ostatnie reprezentuje Billy, samotna matka dwóch chłopców, w którą wciela się rudowłosa piękność z „Mad Men” – Christina Hendricks. Gdy menedżer banku się zmienia, Billy musi przyjąć nowe warunki spłaty kredytu, a wraz z nimi niemoralną propozycję pracy w nocnym klubie – pisze Karolina Pasternak.

maxresdefault

Film jest bardzo trudny do opisania – i co gorsza, do ocenienia. Z jednej strony Gosling niepotrzebnie komplikuje fabułę, z drugiej jest to pewna nowość, a raczej wspomnienie filmów artystycznych. Na pewno „Lost River” jest czymś, czego od dawna w kinie amerykańskim nie było.

Debiutującemu Goslingowi, w roli reżysera naprawdę dobrze udało się pokierować całą ekipą. Jak zawsze niezawodny Mendelsohn, który daje czadu w niejednej scenie, charyzmatyczna Mendes, dobry Iain De Caestecker oraz znakomity Matt Smith. Tylko Saorise Ronan stworzyła postać nijaką i przez większość filmu robi wrażenie jeszcze bardziej zagubionej od granej przez nią bohaterki.

Pisząc jednak o „Lost River”, nie można pominąć jeszcze jednego bohatera – Detroit, o którym powyżej wspomniałam. Wyimaginowany raj, zderza się z twardą rzeczywistością. Detroit świetnie pokazuje, że życie to nie bajka. Zresztą cały film wydaje się być stworzony pod tę frazę. Nie można powiedzieć, że film nie kończy się happy endem, jednakże jest to happy end z gorzką domieszką. Jak życie.

maxresdefault (1)

Wiele osób podszeptywało, pewnie słusznie, że gdyby Gosling nie był Goslingiem, jego debiut nigdy nie trafiłby na pierwsze strony gazet. Druga strona tego obosiecznego miecza jest taka: gdyby Gosling nie był Goslingiem, dziennikarze nie atakowaliby go z taką zaciętością i sarkazmem. Ja traktuję „Lost River” jako otwarcie drzwi, wstęp. „Pytanie jednak, czy nie jest to właśnie najlepszy przykład reżysera produkcji niezależnych, offowych, w przypadku których udziwnianie może się spodobać?” – dodaje Anna Mitrowska. Z takim pytaniem Was pozostawiam.

Gosling oczarował mnie i omamił. Tworzy film jedyny w swoim rodzaju. To niespójne, chwilami usypiające, ale nastrojowe, pełne melancholii, nadziei i krwi dzieło. Przyziemne problemy i magiczne miejsca. Oto Detroit według Goslinga. Dziękuję!

Grafika: Pinterest.com